sobota, 3 września 2011

Koniec... nowego początki - Dzień 11

Grzesiek
Rano po raz ostatni pakuję sprzęt. Namiot dosycha w promieniach porannego słońca. Następna noc już w domu ;) Po śniadaniu studiuję mapę i obmyślam trasę powrotną. Kieruję się na Mukachevo i dalej na Użhorod, gdzie znajduje się przejście graniczne ze Słowacją. Wiedząc, że odcinek przez resztę Ukrainy może być utrudniany przez mundurowych, przezornie w portfelu zostawiam jedynie 10$. Po drodze mijam wiele urokliwych winnic.

Agroobiekty są monitorowane i pilnie strzeżone...
Wjeżdżając do Mukachevo omijam korek pasem do skrętu w prawo i tuż przed tirem staję jako pierwszy przed skrzyżowaniem. Zielone. Ruszam... i po 100 m zostaję zatrzymany przez miejscowego "stróża prawa i porządku". Szybko dochodzimy do kompromisu dyktowanego  zawartością mojego portfela. "Dawaj diengi i ujeżaj w pizdu...". W wynegocjowanym deal'u znajduje się również wspólna pamiątkowa fotka...

Siergiej "wypchana kieszeń" czyli ukraińskie "To Serve and Protect"
Historia się powtarza jeszcze raz, ale mój pusty portfel i obrana taktyka "na przeczekanie" , wzmacniana co jakiś czas oświadczeniem: "Nie zapłacę, ni c#%J@", przynosi efekt i po 30 minutach ruszam dalej. 


Już spokojnie dolatuję do granicy w Użhorod. Jeszcze kufelek kwasu z miejscowymi i po 1,5 godzinnej procedurze celnej zostaje mi tylko odcinek 150 km po słowackiej ziemi. 

Już czuć zapach bigosu...;)
Epilog

Przejechaliśmy ok. 5 tys. km w 11 dni. Pomimo że miejscem docelowym był Stambuł, to tak naprawdę przygodę odnajdowałem w przeróżnych miejscach, na różnych etapach tej podróży i pod różnymi postaciami. Pamiętam smak bułgarskich mekici, greckich fig czy tureckiego karsik tursu. Pamiętam dobroć spojrzenia kobiet z bułgarskiej Satovca, zapach greckich sadów oliwnych czy sklepu z przyprawami na tureckim bazarze. Pamiętam nieznośne pieczenie skóry po kąpieli w słonym Morzu Egejskim czy smaganie rumuńskiego słońca w centrum Alba Julia. Po raz kolejny utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie cel czy ilość "zaliczonych" zabytków z listy UNESCO, a sama droga i ludzie, których na niej spotykam stanowią o wartości i sensie podróżowania.

Droga prowadząca przez wiele granic stwarza możliwość odkrycia także własnych ograniczeń czy przesunięcia ich tak, aby zyskać szersze czy wrażliwsze spojrzenie na świat. Pomaga zweryfikować optykę na stereotypy, którymi czasem nieudolnie się podpieramy w otaczającej nas rzeczywistości. Pomaga na nowo odkryć albo nadać nowe, nieznane dotąd znaczenie takich pojęć jak: zaufanie, współpraca, zmaganie się i wspólne trwanie pomimo trudów… Wzmacnia w nas to, co wartościowe, a kruszy co słabe. I właśnie w taki sens każdego podróżowania mocno wierzę…

Mam świadomość, że zostawiłem za sobą wiele miejsc, do których warto byłoby jeszcze kiedyś wrócić. Ale może właśnie one staną się inspiracją do kolejnej przygody..?

Dziękuję

Niebiosom za opatrzność
bliskim za cierpliwość i wyrozumiałość
napotkanym ludziom za okazane serce i gościnność
firmom i instytucjom z wsparcie naszej podróży

Trasa naszej przygody

Dzisiejsza trasa - 306 km

piątek, 2 września 2011

Ukraina - w drodze do domu - Dzień 10

Grzesiek
Zwlekamy się z naszego zielonego dywanika. Ruch na pobliskiej drodze oraz goście "NO-stop-baru" nie dają pospać dłużej. Zimno. Mokro. Za rumuńskie drobniaki raczymy się kawą na poranne rozgrzanie. Znowu pada. Przed nami przejście graniczne z UA. Kolejny biurokratyczny chaos. Pogranicznicy w każdym nonszalanckim geście pokazują długość swoich fiutów. Co chwila widzimy jak w plastikowych torebkach wynoszą ze swojego biura kolejne "wzjatki". Taka procedura, cóż poradzisz... Nie dasz - nie pojedziesz. A przynajmniej nie prędko. Stoimy twardo pilnując swojej kolejki po następny świstek. Po blisko 1,5 godziny tankujemy już ukraińskie paliwo (10,5 Hrywny czyli poniżej 4 pln) i jedziemy w kierunku Chernivtsi. Przejazd przez centrum miasta to prawdziwa mordęga: nie dość, że brukowany trakt, to jeszcze z takimi dziurami, że chwila nieuwagi kosztować może w najlepszym razie połamanie zawieszenia. Przynajmniej słoneczko wyszło ;) Dojeżdżamy do pierwszej przyzwoitej knajpy i serwujemy sobie wczesny obiad. Chłopaki decydują się na ostrą jazdę do domu: stąd  Marek ma jakieś 500 km do Lublina, a Wojtek do Parczewa jeszcze extra 50 km. Mnie się nie spieszy... Plan jest prosty: jadę na ile mi zmęczenie pozwoli szukając fajnej, "karpackiej" miejscówki. Wymieniamy się końcowymi wnioskami podsumowując wspólną przygodę. Wracamy do różnych jej fragmentów: tych przyjemnych i tych trudniejszych. Najważniejsze, że daliśmy radę przejść przez nie wszystkie razem i że bezpiecznie dolatujemy  teraz do domu. W Kołomyi ostatnia pamiątkowa fotka - tu nasze drogi się rozjeżdżają. 
Jeszcze w komplecie...
Jakoś udaje się rozgonić sen, który morzy - zmęczenie ostatniej nocy daje się we znaki.  W miejscowości Delyatyn, tankuję się i obmyślam trasę. Wjeżdżam w Karpatskyj Derżawnyj Pryrodnyj Nacionalnyj Park. Droga pięknie się wije. Nawierzchnia momentami zmusza do wolniejszej jazdy, ale za to widoki wynagradzają te niewygody. Zmienna pogoda kilka razy zmusza do szukania schronienia przed oberwaniem chmury. Mijane wioseczki ukazują biedę Ukrainy. Kilka razy zatrzymuję się i rozmawiam z ludźmi; dzieciakom rozdaję drobiazgi, gadżety, które zostały gdzieś na dnie kufra... W przydrożnym barze pijemy razem kwas chlebowy, słucham narzekań na władze, politykę, codzienne trudności... Coraz bardziej dociera do mnie, że już niebawem kres naszej motocyklowej przygody. Że już za moment i mnie przyjdzie mierzyć się z codziennością. Tak bardzo, pomimo tęsknoty za domem, rodziną, chciałoby się ten moment jakoś odroczyć w czasie...

W środku parku kontrola: pyta mnie czy narkotyków nie wiozę ze Stambułu...;)
Tuż przed "zieloną nocą" w Ukraińskich Karpatach
Jeszcze za dnia znajduję miejsce na nocleg: rozległa polana pośród gór.  Dokoła pustkowie. Cisza. Jest czas na przepakowanie klamotów, kolację i zanurzenie się we wspomnienia ostatnich dni.

Dzisiejsza trasa - 386 km

czwartek, 1 września 2011

Suceava mortal combat - Dzień 9

Grzesiek

Świt odsłania miejsce, w którym poprzedniej nocy osiedliśmy na nocleg. Kilku wędkarzy przygląda się nam z zaciekawieniem. Wschodzące słońce motywuje do szybkiego zebrania się do wyjazdu. Jeszcze śniadanie i już pakujemy się w dalszą drogę. Wojtek menażką odgrzebuje swoją Baśkę, której zachciało się poprzedniego wieczora do czarnego piachu... Ma nadzieję, że znajdzie tam kilka trufli...;)


Największy na świecie zbiornik wody beztlenowej, w której siarczki barwią ją na czarno
Gimnastykę poranną czas zacząć
Pozycja sprzyjająca głębokiej penetracji...;)
Ruszamy w kierunku Varny. Zatrzymujemy się na kawę w starożytnym miasteczku Nesebar, określanym również jako "Perła Morza Czarnego"

Несебър - jeden z głównych kurortów nadmorskich na bułgarskim wybrzeżu
Kościół Chrystusa Pantokratora (XIII w.)
Marek proponuje spotkanie w pensjonacie jego znajomej w miejscowości Obzor. Jedziemy ;) Fajna miejscówka na rodzinne wakacje. Spokojnym tempem ciągniemy się wzdłuż wybrzeża nie wiedząc jeszcze, że przyjdzie nam dzisiaj zrobić 800 km.

Na co dzień rwie zęby, a na moto się boi... dziwne...
Dojeżdżamy do Złotych Piasków. Grzeje tak, że grzechem byłoby nie skorzystać z kąpieliska... Gruboziarnisty piasek parzy w stopy. Plaża już nie jest tak zatłoczona jak w sezonie urlopowym. Dajemy nura do orzeźwiającej wody...

Na plaży nie ma już tłoku... ;)
Kolejne 140 km i czas na obiad. Zatrzymujemy się w miejscowości Silistra - tuż przy granicy z RO. Właściciel knajpy (Stefan) wspomina dawne czasy, gdy przebywał kilka lat w Polsce. Opowiada anegdoty wtrącając raz po raz nasze, polskie "kv#w@  mć". Ruszamy ku przejściu granicznemu i na prom. Kolejkę traktujemy fakultatywnie i już po 10 minutach przeprawiamy się przez rozlewisko Dunaju.

Promowa przeprawa przez Dunaj - w drodze do Călărasi, RO
Rumunia z perspektywy asfaltu... Znowu jakby znajome klimaty: aromaty trzeciego sortu, piszcząca bieda po wsiach, co chwila pędzone ulicami krowy, uwarunkowane historią polityczną zapóźnienie, odbierające nadzieję na dostatnie życie... Niby U€ ale jakaś taka odsunięta od wspólnego, biesiadnego stołu. 

Odkąd Wojtek i Marek podjęli decyzję o powrocie na sobotę mam wrażenie, że spieszymy się, by zdążyć na czas. Nie opuszcza mnie też poczucie, że przez ten pośpiech umyka nam część przygody, że mijamy ją gdzieś obok wraz z nawijanymi kilometrami. Myślę o różnych rozwiązaniach tej sytuacji. "Chłopaki mają swoje powody, by zdążyć na czas, ale ja ich nie mam...;)". Postanawiam, że jutro pojadę swoim tempem. Póki co jedziemy razem. Kolejne tankowanie. Kawa. Papieros. Chwila wytchnienia dla oczu...

...la vida loca...?
Na szczęście to tylko przyjacielskie, przypadkowe spotkanie
Pomimo naszego zmęczenia jedziemy dalej. Noc zastaje nas pośród ciągnących się kilometrów pól uprawnych. Nie bardzo jest nawet gdzie rozbić się na nocleg... Ciągniemy się dalej. Zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Mam mieszane uczucia: z jednej strony nie widzę sensu takiej jazdy na siłę, na granicy ryzyka, a z drugiej wiem, że chłopakom zależy na czasie... Około północy zjeżdżamy w kolejną, boczną drogę. Znowu lipa: wcześniej była tu ulewa, więc wszystko mokre i błoto. Temperatura spada drastycznie, aż para leci z ust. Ubieramy się cieplej, wpinamy membrany  i naginamy dalej. Jakby tego było mało zaczyna padać deszcz. Widać dogoniliśmy front z opadami. Widoczność, a przez to i tempo jazdy spada. Momentami nie widać nic ponad 10 m.  Naszą nadzieją  jest Suceava. Jesteśmy przekonani, że tam właśnie jest przejście graniczne i że po jego przekroczeniu położymy się spać. Przelatujemy miasto i zderzamy się z rzeczywistością: do przejścia jeszcze 40 km... Znowu leje... Po kolejnych 20 km zjeżdżamy na opuszczoną stację paliw. Opodal jest jakiś bar o kłamliwej nazwie "Non stop". A więc nie ma szans na ciepłą herbatę :( Zmęczenie dobija nas  po 4:00. Pod gustowną markizą, na zielonym dywanie... 

Nieważne, że mokro - byle w poziomie...
Powinno być raczej: "NO STOP"...!

Sweet dreams!


Dzisiejsza trasa - 790 km